Jeszcze kilka miesięcy temu w branżowych kuluarach straszono, że tona pelletu może zimą kosztować tyle, co porządny używany samochód. Obywatele masowo dzwonili do składów opałowych, a media społecznościowe zapełniły się rozpaczliwymi pytaniami o najtańszy granulat. Tymczasem część analityków rynku biomasy studzi emocje: ich zdaniem widmo cen 4–5 tys. zł za tonę jest mało prawdopodobne, a polskie gospodarstwa w dużej mierze zabezpieczyły już potrzeby na nadchodzący sezon. Skąd ta rozbieżność i czego realnie można się spodziewać, gdy temperatury spadną poniżej zera?
Dlaczego pellet tak gwałtownie drożał?
Jeszcze przed ubiegłoroczną zimą pellet w Polsce kosztował średnio 1 000–1 200 zł za tonę. Gdy w styczniu uderzył długi, siarczysty mróz, stawki przebiły 2 000 zł, a lokalnie nawet 2 500 zł. Wzrostowi sprzyjał splot kilku czynników. Po pierwsze, ekstremalnie niskie temperatury odmroziły część surowca w tartakach – wilgotne trociny i zrębki stawały się trudniejsze do suszenia oraz peletowania. Po drugie, europejski rynek drzewny cały czas odczuwa ograniczenia dostaw drewna z Rosji i Białorusi, wprowadzonych po 2022 r. Sankcje administracyjne i wyższe koszty transportu sprawiły, że konkurencja o każdy metr sześcienny surowca znacząco wzrosła. Po trzecie, wiosną 2023 r. wzrosły ceny energii elektrycznej i palet transportowych, co podbiło koszt produkcji granulatu.
Kluczowe były jednak reakcje konsumentów. Zaskoczeni niedoborami w lutym i marcu właściciele pieców na biomasę postanowili kupować „na zapas”. Według szacunków Polskiej Izby Biomasy zużycie pelletu w drugim kwartale roku było o 40% wyższe niż zwykle o tej porze. Wczesny, wzmożony popyt przebił typowy letni dołek sprzedażowy, więc rynek nie zdążył zareagować korektą cen.
Jak gospodarstwa domowe przygotowały się na zimę
Obecnie wielu sprzedawców potwierdza, że klienci indywidualni mają pełne magazynki. W ankiecie przeprowadzonej we wrześniu wśród właścicieli kotłów 5-klasy aż 91% respondentów deklarowało posiadanie zapasu wystarczającego co najmniej do lutego. Sprzedawcy obserwują też ciekawy efekt: część osób, która w styczniu złożyła kilka równoległych zamówień „na wszelki wypadek”, dziś odmawia przyjęcia niektórych partii – znajduje tańsze oferty albo nie ma już miejsca w piwnicy.
Na krajowy rynek trafiło również sporo importu z Litwy, Łotwy i Niemiec. Jak wynika z danych Eurostatu, w pierwszej połowie roku Polska sprowadziła 540 tys. ton pelletu, o 23% więcej niż w analogicznym okresie 2022 r. Produkcja krajowa także rośnie: kilka średnich peletowni uruchomiło dodatkowe linie wykorzystujące odpady po przerobie drewna konstrukcyjnego oraz płyt meblowych, co zmniejsza zależność od świeżych trocin tartacznych.
Producenci kontra dystrybutorzy – kto pierwszy opuści ceny?
Sytuacja przypomina przeciąganie liny. W fabrykach rosną zapasy gotowego granulatu, a linie produkcyjne trudno zatrzymać bez ryzyka kosztownych restartów. Dlatego część wytwórców już oferuje hurtowe partie poniżej 1 600 zł za tonę. Dystrybutorzy nie spieszą się jednak z obniżkami: większość ma jeszcze magazyny wypełnione surowcem kupionym po 2 000 zł lub więcej i stara się sprzedać go z marżą, by uniknąć straty księgowej. Właściciel dużego składu z Małopolski przyznaje, że „jest gotów zejść z ceny, ale dopiero gdy wyprzeda droższe partie”.
Na dynamiczną korektę mogą wymusić nie tyle negocjacje, ile temperatury. Jeżeli grudzień i styczeń będą łagodne – a modeli sezonowych Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych na razie nie wskazują skrajnych mrozów – realne zużycie pelletu może być niższe od zaplanowanego przez odbiorców. Wtedy część dystrybutorów, by uniknąć kosztów zimowego przechowywania, prawdopodobnie wprowadzi promocje. Analitycy rynku surowców drzewnych spodziewają się, że tona pelletu klasy A1 może na przełomie roku kosztować 1 400–1 700 zł, czyli wyraźnie mniej niż obecne 1 900–2 200 zł w detalu.
Na co zwracać uwagę przed kolejnymi zakupami
Eksperci radzą przede wszystkim zachować rozsądek. Kupowanie paliwa na dwa sezony bywa kuszące, ale z ekonomicznego punktu widzenia niesie ryzyko: zmiany kursów walut, korekta cen drewna okrągłego i notowań energii mogą sprawić, że zamrożony kapitał przyniesie stratę. Co więcej, pellet źle przechowywany przez kilkanaście miesięcy traci parametry – w wilgotnej, nieogrzewanej piwnicy bryłki potrafią się rozsypywać, a wartość opałowa spada nawet o 8%.
Niezależnie od tego, kiedy zdecydujemy się na zakupy, warto sprawdzać certyfikaty jakości (ENplus, DINplus) oraz deklarowaną zawartość popiołu. Przy cenach powyżej 1 500 zł różnica 1% w popiele może oznaczać kilkadziesiąt złotych rocznie na serwisie kotła i częstotliwości czyszczenia. Druga sprawa to logistyka: w wielu regionach kraju stawki transportu LTL podrożały wraz z ceną oleju napędowego. Zdarza się, że przewóz 2 ton granulatu z innego województwa kosztuje dodatkowe 300 zł, niwelując korzyści z niższej ceny zakupu.
Wreszcie, warto śledzić prognozy pogody i raporty rynkowe. Jeśli potwierdzi się umiarkowana, wilgotna zima, presja na wzrost cen będzie niewielka, a producenci zaczną konkurować rabatami. Inaczej stanie się w scenariuszu powtórki z ubiegłego roku: kolejka przy siarczystym mrozie i zamykające się przed czasem składy mogą podbić stawki w detalicznym handlu do poziomów trudnych do zaakceptowania. Rozsądną strategią wydaje się więc uzupełnianie zapasów etapami, obserwowanie rynku i unikanie panicznych zakupów, które – paradoksalnie – same w sobie napędzają kolejny skok cenowy.